Powszednie dni na studiach. Słoń na
suficie. Kumatox.
Nastały
powszednie dni studiowania. Codziennie rano udawałem się na zajęcia, zaś popołudniami
ślęczałem nad książkami albo surfowałem w Internecie. Muszę szczerze się przyznać,
że w moim życiu studenckim pojawił się także okres słodkiego lenistwa - nie
chciało mi się po prostu uczyć. Wymyślałem
więc, coraz to inne powody, żeby móc wyrwać się z „procesu zdobywania wiedzy”. Chodziłem
do kina, bo ponoć wyświetlano jakiś niezmiernie interesujący film lub uczestniczyłem
w spotkaniach towarzyskich w klubach muzycznych. Najbardziej zaś lubiłem wałęsać
się bez celu po mieście. Zawsze, gdy była ładna pogoda szedłem na wrocławski
rynek. Odwiedzałem księgarnie i sklepy
komputerowe znajdujące się w jego okolicach, a czasami po prostu siadałem w
którymś, z licznych ogródków piwnych i sącząc chmielowy napój przyglądałem się
ludziom i różnym sytuacjom.
Na jednych z
zajęć miała miejsce zabawna historia. Jeden z moich kolegów, Max, napisał na
małej karteczce następujące pytanie: „Kto narysował słonia na suficie?”. po
czym puścił ją w obieg po sali, by studenci przekazywali ją sobie po
przeczytaniu. Tak też się stało, a każdy kto zapoznał się z pytaniem odruchowo
podnosił głowę i kręcił nią na wszystkie strony w poszukiwaniu rzekomego
słonia. Po kilku chwilach efekt był taki, że prawie wszyscy siedzieli z zadartymi
głowami i wpatrywali się w sufit. Takie zachowanie zostało oczywiście zauważone
przez prowadzącego zajęcia. Wprowadziło to naszego dydaktyka nawet w pewnego
rodzaju konsternację. Wyobraźcie sobie jak musi czuć się nauczyciel, który dwoi
się i troi, by zaktywizować swoich studentów, a oni zamiast chłonąć słowa, które
do nich wypowiada, najbezczelniej w świecie patrzą w sufit! Jednak prowadzący
również dał się zwieść prowokacji Maxa. Po prostu był ciekaw, czego wszyscy
szukają na suficie. Zaczął więc ,podejrzliwie, także spoglądać w górę. A że nie
mógł niczego dostrzec, to zamilkł na chwilę, zastanawiając się zapewne, dlaczego
nic nie widzi. W tym momencie otwarły się drzwi i do sali weszła pani Dziekan.
Jakżeż musiała się zdziwić, gdy zamiast burzliwej dyskusji naukowej zastała
wykładowcę wpatrującego się w milczeniu, wraz ze studentami, w sufit. Mało tego, pani Dziekan
odruchowo także wbiła wzrok w białą powierzchnię znajdującą się nad nami
poszukując przyczyny zaistniałej sytuacji. W taki oto sposób Max doświadczalnie,
aczkolwiek nieświadomie, potwierdził słuszność teorii opisującej zagadnienie
psychologii tłumu.
Po zajęciach komentowaliśmy
dowcip Maxa. W zasadzie wszystkim się to spodobało, chociaż uczciwie muszę
dodać, że pojawił się także głos krytyczny. Jedna z koleżanek stwierdziła, że
nasz wykładowca mógł poczuć się upokorzony, a już na pewno został przez Maxa
ośmieszony przed panią Dziekan. Max postanowił się bronić. Uczynił to
wprowadzając nowe pojęcie do słownika naszego studenckiego slangu. Powiedział:
- Jak ktoś
nie ma odpowiedniego poziomu kumatoxu,
to tego rodzaju inteligentne dowcipy zawsze będzie oceniać negatywnie.
W ten sposób
Max naraził się naszej koleżance, która zresztą od razu dała mu do zrozumienia,
że czuje się obrażona. Za to słowo kumatox
na stałe weszło do naszego słownika. Kumatox
to nic innego jak określenie poziomu inteligencji, powstało od slangowego czasownika
„kumać”, czyli rozumieć, pojmować, chwytać w lot.