Bordowy Tramwaj.
Na początku grudnia samorząd studencki Asesora rozpoczął przygotowania do akcji o nazwie „ Bordowym Tramwajem z Zielonym Mikołajem”, którą nasza szkoła przeprowadza od pięciu lat. Jej celem było kwestowanie na rzecz bezdomnych dzieci. Oczywiście byłem bardzo ciekawy jak taka akcja przebiega. Zgłosiłem się więc do zespołu organizacyjnego.
Na początku było dużo gadaniny i wzajemnego motywowania się. Okazało się także, że akcję będziemy realizować wspólnie ze studentami z Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych. Wszyscy stwierdzili jednogłośnie, że musimy zapoznać się z wojskowymi i w tym celu zaprosiliśmy naszych partnerów do Liverpoolu – totalnie undergroundowego, wrocławskiego klubu muzycznego.
Klub Liverpool znajdował się w piwnicy jednego z budynków przy ul. Świdnickiej. Panuje tam, jak na mój gust, dość mroczna atmosfera, którą wywołuje skąpe oświetlenie. Posiada jednak dwie wielkie zalety: można tam posłuchać muzyki na żywo i wypić bardzo dobre piwo.
Do klubu przyszliśmy w czwartek. Akurat w ten dzień miał się odbyć jam session. Kilku muzyków rozstawiało właśnie swoje instrumenty na scenie. Wyglądało to wszystko bardzo interesującą i zachęcająco. Wkrótce po naszym przyjściu dołączyli do nas nasi partnerzy ze szkoły oficerskiej – studenci i … studentki. Okazało się, że moje wyobrażenie o szkołach wojskowych było daleko niewłaściwe. Zawsze myślałem, że studiują tam tylko mężczyźni, a tu okazało się, że także dziewczyny. Ale mniejsza z tym. Najważniejsze, że towarzystwo było naprawdę sympatyczne. Szybko zresztą znaleźliśmy wspólny język. Nie skłamię, jeśli stwierdzę, że w porozumieniu się pomogło nam także piwo, które piliśmy ku wielkiemu zadowoleniu.
Ledwo zdążyliśmy przyjąć ustalenia na temat naszego współdziałania podczas akcji tramwajowej, gdy ze sceny spłynęły na nas dźwięki elektrycznego bluesa. Kapela była naprawdę świetna, a młody, wysoki wokalista, o jasnej czuprynie śpiewał zawodowo. Okazało się także, że oprócz bluesa zespół miał w swoim repertuarze znane rockowe przeboje. Wszyscy byliśmy zadowoleni, bo fajnie się bawiliśmy.
W dniu akcji, popołudniową porą, na miasto wyjechały dwa tramwaje: w jednym byliśmy my, czyli studenci z Asesora, w drugim zaś, studenci ze szkoły oficerskiej. Wcześniej, w zajezdni tramwajowej, sporo się napracowaliśmy obwieszając wnętrza pojazdów różnymi gadżetami, balonami i plakatami – w ten sposób stworzyliśmy tam magiczną atmosferę. Przebraliśmy się także w odpowiednie stroje. Moje koleżanki i koledzy założyli zielone peleryny i czapy mikołajowe, ja zaś oczywiście wdziałem swój strój superbohatera – SuperAsa.
Na trasie było wesoło. Pasażerów, którzy wsiedli do naszego tramwaju urzekała atmosfera miejsca, co ułatwiało nam kwestowanie. W miarę upływu czasu puszki, do których można było wrzucać datki, zapełniały się. Muszę się Wam pochwalić, ale wzbudzałem swoim strojem dość znaczne zainteresowanie. Zachowywałem się także w szczególny sposób: od czasu do czasu rozpościerałem swój płaszcz i demonstrowałem swój strój w pełnej okazałości. Na przystankach wyskakiwałem także z tramwaju z ramionami wysuniętymi daleko wprzód, co upodobniało mnie do lecącego Supermana. Przykuwało to od razu uwagę wszystkich ludzi oczekujących na przystankach i pomagało w zapraszaniu ich do przejażdżki naszym tramwajem.
Krótko mówiąc – bardzo mi się to wszystko podobało. Mało tego, okazało się, że mimo tego, iż ja i moi znajomi z roku znamy się bardzo krótko, to stworzyliśmy bardzo fajną paczkę. W czasie akcji bardzo się zintegrowaliśmy.