wtorek, 22 maja 2012

Hejka wszystkim Asom – odcinek 5


Powszednie dni na studiach. Słoń na suficie. Kumatox.

Nastały powszednie dni studiowania. Codziennie rano udawałem się na zajęcia, zaś popołudniami ślęczałem nad książkami albo surfowałem w Internecie. Muszę szczerze się przyznać, że w moim życiu studenckim pojawił się także okres słodkiego lenistwa - nie chciało mi się po prostu uczyć.  Wymyślałem więc, coraz to inne powody, żeby móc wyrwać się z „procesu zdobywania wiedzy”. Chodziłem do kina, bo ponoć wyświetlano jakiś niezmiernie interesujący film lub uczestniczyłem w spotkaniach towarzyskich w klubach muzycznych. Najbardziej zaś lubiłem wałęsać się bez celu po mieście. Zawsze, gdy była ładna pogoda szedłem na wrocławski rynek.  Odwiedzałem księgarnie i sklepy komputerowe znajdujące się w jego okolicach, a czasami po prostu siadałem w którymś, z licznych ogródków piwnych i sącząc chmielowy napój przyglądałem się ludziom i różnym sytuacjom.


Na jednych z zajęć miała miejsce zabawna historia. Jeden z moich kolegów, Max, napisał na małej karteczce następujące pytanie: „Kto narysował słonia na suficie?”. po czym puścił ją w obieg po sali, by studenci przekazywali ją sobie po przeczytaniu. Tak też się stało, a każdy kto zapoznał się z pytaniem odruchowo podnosił głowę i kręcił nią na wszystkie strony w poszukiwaniu rzekomego słonia. Po kilku chwilach efekt był taki, że prawie wszyscy siedzieli z zadartymi głowami i wpatrywali się w sufit. Takie zachowanie zostało oczywiście zauważone przez prowadzącego zajęcia. Wprowadziło to naszego dydaktyka nawet w pewnego rodzaju konsternację. Wyobraźcie sobie jak musi czuć się nauczyciel, który dwoi się i troi, by zaktywizować swoich studentów, a oni zamiast chłonąć słowa, które do nich wypowiada, najbezczelniej w świecie patrzą w sufit! Jednak prowadzący również dał się zwieść prowokacji Maxa. Po prostu był ciekaw, czego wszyscy szukają na suficie. Zaczął więc ,podejrzliwie, także spoglądać w górę. A że nie mógł niczego dostrzec, to zamilkł na chwilę, zastanawiając się zapewne, dlaczego nic nie widzi. W tym momencie otwarły się drzwi i do sali weszła pani Dziekan. Jakżeż musiała się zdziwić, gdy zamiast burzliwej dyskusji naukowej zastała wykładowcę wpatrującego się w milczeniu,  wraz ze studentami, w sufit. Mało tego, pani Dziekan odruchowo także wbiła wzrok w białą powierzchnię znajdującą się nad nami poszukując przyczyny zaistniałej sytuacji. W taki oto sposób Max doświadczalnie, aczkolwiek nieświadomie, potwierdził słuszność teorii opisującej zagadnienie psychologii tłumu.

Po zajęciach komentowaliśmy dowcip Maxa. W zasadzie wszystkim się to spodobało, chociaż uczciwie muszę dodać, że pojawił się także głos krytyczny. Jedna z koleżanek stwierdziła, że nasz wykładowca mógł poczuć się upokorzony, a już na pewno został przez Maxa ośmieszony przed panią Dziekan. Max postanowił się bronić. Uczynił to wprowadzając nowe pojęcie do słownika naszego studenckiego slangu. Powiedział:

- Jak ktoś nie ma odpowiedniego poziomu kumatoxu, to tego rodzaju inteligentne dowcipy zawsze będzie oceniać negatywnie.

W ten sposób Max naraził się naszej koleżance, która zresztą od razu dała mu do zrozumienia, że czuje się obrażona. Za to słowo kumatox na stałe weszło do naszego słownika. Kumatox to nic innego jak określenie poziomu inteligencji, powstało od slangowego czasownika „kumać”, czyli rozumieć, pojmować, chwytać w lot.

środa, 11 stycznia 2012

Hejka wszystkim Asom - odcinek 4

Bordowy Tramwaj. 

Na początku grudnia samorząd studencki Asesora  rozpoczął przygotowania do akcji o nazwie „ Bordowym Tramwajem z Zielonym Mikołajem”, którą  nasza szkoła przeprowadza od pięciu lat. Jej celem było kwestowanie na rzecz bezdomnych dzieci. Oczywiście byłem bardzo ciekawy jak taka akcja przebiega. Zgłosiłem się więc do zespołu organizacyjnego.

Na początku było dużo gadaniny i wzajemnego motywowania się. Okazało się także, że akcję będziemy realizować wspólnie ze studentami z Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych. Wszyscy stwierdzili jednogłośnie, że musimy zapoznać się z wojskowymi i w tym celu zaprosiliśmy naszych partnerów do Liverpoolu – totalnie undergroundowego, wrocławskiego klubu muzycznego.

Klub Liverpool znajdował się w piwnicy jednego z budynków przy ul. Świdnickiej. Panuje tam, jak na mój gust, dość mroczna atmosfera, którą wywołuje skąpe oświetlenie. Posiada jednak dwie wielkie zalety: można tam posłuchać muzyki na żywo i wypić bardzo dobre piwo.

Do klubu przyszliśmy w czwartek. Akurat w ten dzień miał się odbyć  jam session. Kilku muzyków rozstawiało właśnie swoje instrumenty na scenie. Wyglądało to wszystko bardzo interesującą i zachęcająco. Wkrótce po naszym przyjściu dołączyli do nas nasi partnerzy ze szkoły oficerskiej – studenci i … studentki. Okazało się, że moje wyobrażenie o szkołach wojskowych było daleko niewłaściwe. Zawsze myślałem, że studiują tam tylko mężczyźni, a tu okazało się, że także dziewczyny. Ale mniejsza z tym. Najważniejsze, że towarzystwo było naprawdę sympatyczne. Szybko zresztą znaleźliśmy wspólny język. Nie skłamię, jeśli stwierdzę, że w porozumieniu się pomogło nam także piwo, które piliśmy ku wielkiemu zadowoleniu.

Ledwo zdążyliśmy przyjąć ustalenia na temat naszego współdziałania podczas akcji tramwajowej, gdy ze sceny spłynęły na nas dźwięki elektrycznego bluesa. Kapela była naprawdę świetna, a młody, wysoki  wokalista, o jasnej czuprynie śpiewał zawodowo. Okazało się także, że oprócz bluesa zespół miał w swoim repertuarze znane rockowe przeboje. Wszyscy byliśmy zadowoleni, bo fajnie się bawiliśmy.

W dniu akcji, popołudniową porą, na miasto wyjechały dwa tramwaje: w jednym byliśmy my, czyli studenci z Asesora, w drugim zaś, studenci ze szkoły oficerskiej. Wcześniej, w zajezdni tramwajowej, sporo się napracowaliśmy obwieszając wnętrza pojazdów różnymi gadżetami, balonami i plakatami – w ten sposób stworzyliśmy tam magiczną  atmosferę. Przebraliśmy się także w odpowiednie stroje. Moje koleżanki i koledzy założyli zielone peleryny i czapy mikołajowe, ja zaś oczywiście wdziałem swój strój superbohatera – SuperAsa.

Na trasie było wesoło. Pasażerów, którzy wsiedli do naszego tramwaju urzekała atmosfera miejsca, co ułatwiało nam kwestowanie. W miarę upływu czasu puszki, do których można było wrzucać datki, zapełniały się. Muszę się Wam pochwalić, ale wzbudzałem swoim strojem dość znaczne zainteresowanie. Zachowywałem się także w szczególny sposób: od czasu do czasu rozpościerałem swój płaszcz i demonstrowałem swój strój w pełnej okazałości. Na przystankach wyskakiwałem także z tramwaju z ramionami wysuniętymi daleko wprzód, co upodobniało mnie  do lecącego Supermana. Przykuwało to od razu uwagę wszystkich ludzi oczekujących na przystankach i pomagało w zapraszaniu ich do przejażdżki naszym tramwajem.

Krótko mówiąc – bardzo mi się to wszystko podobało. Mało tego, okazało się, że mimo tego, iż ja i moi znajomi z roku znamy się bardzo krótko, to stworzyliśmy bardzo fajną paczkę. W czasie akcji bardzo się zintegrowaliśmy.